Najgorzej nie robić nic

Najgorzej nie robić nic
Zaczynał od siedzenia na skrzynkach i osiemnastometrowego garażu... Towar woził dużym fiatem. Teraz ma dwa markety – delikatesy pod własną marką, piękne biuro i satysfakcję…

Czy odniósł sukces? – Jeśli za sukces uznać, że robi się to, co się lubi i co daje satysfakcję i stabilność, to tak… – przyznaje. Był rok 1990, gdy pan Artur Gawroński, wtedy student czwartego roku pedagogiki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu stwierdził, że przydałoby się

Pani Marlena Antkowiak pod nowo kupioną markizą zarobić. I choć studiował w systemie dziennym, zaczął handlować. – To były inne czasy. Duży popyt, mała podaż – śmieje się. Rodzice zgodzili się, żeby w osiemnastometrowym garażu w Puszczykowie otworzył sklepik. – To była zabawa – wspomina. – Przywiozłem jakieś lady z odzysku i starą żeliwną wagę, którą we dwóch musieliśmy nieść, bo taka ciężka była. W zasadzie bez pieniędzy otworzyliśmy sklep – opowiada pan Artur ze śmiechem. Organizował kontakty. – Ja byłem obrotny, ale to ojciec jeździł po towar. Tato bardzo mi pomagał – zaznacza. Po piwo jeździliśmy do sklepiku przy browarze. Tam było trochę taniej, to się opłacało. A mleko kupowaliśmy w nieistniejącej już mleczarni na Dębcu. Tam patrzyli na nas wtedy jak na dziwaków – wspomina.

Kolorowo i niezawodnie
– To był pierwszy prywatny sklep w Puszczykowie, a nawet nie wiem, czy nie w szerszej okolicy – zastanawia się pan Artur. Przyjeżdżali tu ludzie z Lubonia, Rogalinka, a nawet Mosiny, chociaż naprzeciwko mieliśmy wtedy żwirownię i las. Żadne tam centrum – wspomina. Jako pierwsi też mieli reklamę. – To znaczy kawałek planszy wyborczej i napis namalowany farbami olejnymi: „U nas od 6 do 20” – wspomina. Bo sklep od początku był czynny siedem dni w tygodniu, od godziny 6 do 20. Tak jest do dziś. – Pod tym względem nigdy nie zawiedliśmy klientów. I nie chodzi nawet o zysk, tylko o to, żeby klient nie czuł się zawiedziony – zaznacza właściciel marketów Arturo. Po raz pierwszy do zamknięcia swoich marketów w święto zmusiła pana Artura najnowsza ustawa o zakazie handlu w święta.
– Mimo że w naszym małym sklepiku nie było luksusu, zawsze staraliśmy się, żeby było kolorowo – zaznacza. – Przecież wtedy wszystko w sklepach było szare, ewentualnie biało- szaro-kremowe. A u nas czerwono, zielono, serwetki… Jak teraz o tym pomyślę, to był kicz. Ale wówczas to było coś nowego – opowiada. Po roku od otwarcia sklepu pojawił się pierwszy pracownik na pół etatu. Teraz Arturo zatrudnia 80 pracowników!
Po 5 latach działalności wynajął duży budynek przy ul. Poznańskiej w Puszczykowie. Po krótkim czasie go kupił. Po gruntownych zmianach i przeróbkach powstał tu market Arturo. – Wtedy się przeraziłem. Wziąłem duży kredyt i pomyślałem: nie ma odwrotu. Była zabawa. Teraz jest poważna sprawa – przypomina sobie swoje rozterki. – Wcześniej wahałem się, czy nie pracować w swoim wyuczonym zawodzie, ale w 1995 r. klamka zapadła. I nie żałuję.

Recepta na sukces
Czy odniósł sukces? – Ja nigdy nie myślałem o pinezkach i mapie pokazującej oddziały mojej sieci. Miałem wiele propozycji przejęcia sieci, otwarcia kilku sklepów naraz. Ale to nie moja filozofia. Chociaż czasem mnie kusiło, to jednak stawiam na stabilność – przyznaje. Gdy odwiedzamy sklep Arturo, przed budynek nieustannie podjeżdżają samochody, a w środku są klienci. – Stawiamy przede wszystkim na jakość i klienci o tym wiedzą. Codziennie odwiedza nas ponad 3 tysiące osób – zapewnia. Jego recepta na dobry sklep: solidność, niezawodność, szkolenia dla pracowników, połączenie dobrego smaku z nowoczesnością. Na pierwszym miejscu stawia jednak rodzinę, czas dla niej, na drugim pracę. – Pan Artur narzucił

Pani Hanna Kaszuba cały czas dba o to, żeby półki z kosmetykami były atrakcyjne dla klientów
też sobie taki styl pracy, że stara się pracować nie dłużej niż 8 godzin dziennie. Przychodzi do biura, które mieści się nad sklepem, i wychodzi z niego do domu. Ma żonę i troje dzieci: siedmioletniego Marcela, czteroletniego Bazylego i dwuletnią Dominikę. – Nie chcę być wujkiem rzadko widywanym w domu czy sponsorem – mówi. To on myje dzieci przed snem, czyta im bajki i bawi się z nimi. Ma czas na wakacje z rodziną dwa razy do roku. Jego pasja to kajaki. Zaraziła go tym żona.
– Lubię rzekę, wiatr, morze – mówi. Na wakacje zabierają rowery i jeżdżą po lasach. W ogóle lubi zmiany, lubi, gdy w życiu coś się dzieje. W swoich marketach ciągle coś zmienia. Sam dobiera kolorystykę w sklepie, sugeruje projekty fartuchów i czapeczek dla ekspedientek, dobiera szczegóły… Zaryzykował, wybrał drogę dla siebie i nie żałuje. – Bo w życiu najgorzej nie robić nic. Popełniając, błędy również się uczymy – mówi.